Podlascy Żydzi


Bóg wciąż mi to wynagradza
Rozmowa z Marią Kopiec z Makark – odznaczoną medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata za ratowanie w czasie wojny ludzkiego życia.

Maria Kopiec z Makark, 90-letnia dziś kobieta, to osoba o niebywałej odwadze i wielkim sercu. Bohaterka. Kobieta, której heroizm zasługuje na największy podziw. Podczas II wojny światowej pani Maria wraz z mężem Stefanem, z narażeniem własnego życia, zdecydowała się ratować dwoje Żydów – kobietę i mężczyznę.

Kiedy wybuchła wojna, miała Pani 23 lata. Była Pani mężatką i wraz z mężem mieszkała w Makarkach. Ile rodzin żydowskich było wówczas w Makarkach?
- Były dokładnie 3 rodziny, razem 18 osób.

Przyjaźniliście się?
- Bardzo. Od małego bawiliśmy się z żydowskimi dziećmi, razem chodziliśmy do szkoły, która była na końcu wsi. Miałam wiele żydowskich koleżanek.

Uratowała Pani życie Cwi Kramerowi i pani Helenie - późniejszej żonie pana Kramera. Znaliście się wcześniej?
- Heleny nie znałam, natomiast z Herszkiem (tak nazywaliśmy go potocznie) chodziliśmy razem do szkoły. Był młodszy ode mnie o rok. Mieszkał z rodziną w Makarkach, ale tuż przed wojną przenieśli się do Siemiatycz. Kramer jeździł do Białegostoku uczyć się języka hebrajskiego. W 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, przebywał w wojsku w Wejherowie. Kiedy dowiedział się, że jego rodzina – matka, ojciec, trzy siostry i trzech braci - znalazła się w gettcie w Siemiatyczach, uciekł z wojska, żeby się z nimi zobaczyć. Z Wejherowa do Siemiatycz przyszedł na piechotę. Kiedy przybył już do Siemiatycz, natychmiast poszedł do getta, tam spotkał się z rodziną. Powiedział im, że nie mogą dać się tak zniewolić i muszą uciekać. Rodzeństwo posłuchało go.
Podczas ucieczki żołnierz pilnujący getta zaczął do wszystkich strzelać, zabił wszystkie siostry i braci Kramera. Jemu udało się przeżyć. W ataku złości Kramer zabił tego żołnierza. W nocy pochował rodzeństwo. Jego rodziców wywieziono do Treblinki, tam zginęli.

Co dalej działo się z Kramerem?
- Po wizycie w gettcie uciekł do Bacik. Nie pamiętam już których, wiem, że mieszkał tam niejaki Gumieniak, u którego schował się w stodole. Przebywał tam dwa tygodnie, a sam gospodarz o tym nie wiedział. Kramer marzył, żeby dostać się do nas, do Makark. Udało mu się. Jak przybył, schował się w naszej stodole. Mieliśmy dwie: nową i starą. On schował się w starej, a do niej rzadko kto zaglądał. Pewnego dnia mój mąż poszedł tam po coś i zobaczył Kramera. Był bardzo zaskoczony, rozmawiali całą noc. Ja, martwiąc się o męża, że nie wraca tak długo, poszłam do stodoły i zobaczyłam ich razem. Przegadaliśmy wtedy całą noc.

Jak długo trwało to ukrywanie się w stodole?
- Przesiedział tam prawie rok. Nosiliśmy mu jedzenie, wieczorem wychodził na pole, siedział w zbożu. Pewnego dnia przyszedł do mnie ojciec i powiadomił, że ma być łapanka Żydów. Zdecydowaliśmy się z mężem, że zrobimy Kramerowi kryjówkę u nas w domu. Urządziliśmy ją pod moim łóżkiem. Koło niego stała szafa, przez którą Kramer schodził do kryjówki, była wielkości mniej więcej 2m x 1m. Prawie cały tydzień Kramer kopał ją z moim mężem.

Ile czasu Kramer przesiedział w tej kryjówce?
- Dwa lata...

Po roku w domowej kryjówce pojawiła się jeszcze jedna osoba.
- Tak. Kobieta - Żydówka, która przybyła z Cecel. Miała na imię Helena. W Cecelach ukrywała się u rodziny Karczewskich, ale uciekła. Jakiejś nocy Herszko wyszedł na podwórze, żeby się umyć. Nagle zobaczył, że w zbożu ktoś się ukrywa. To była Helena. Podszedł do niej, ona zaczęła się chować, uciekać, lecz kiedy Kramer zaczął mówić do niej po hebrajsku, tłumacząc, że też się ukrywa, przestała się bać. Przyprowadził ją do domu, weszli oknem. Od tej pory ryzykowaliśmy podwójnie.

Czy ktoś oprócz państwa wiedział, że ukrywają się u was Żydzi?
- Nikt, tylko ja i mój mąż. Nie powiedziałam nawet swojemu ojcu. Przez trzy lata najbliżsi sąsiedzi nie wiedzieli. Chociaż dziwiło ich i dopytywali się, dlaczego tak źle wyglądam. Nigdzie nie wyjeżdżałam, nic nie robiłam, a byłam w tak tragicznym stanie. Rzeczywiście, cała ta sytuacja powodowała, że zaczęłam mocno chorować. To wszystko było ogromnie ciężkie do przeżycia, wycieńczające. Było tak, że nie mogłam zjeść nawet łyżki pokarmu, wymiotowałam żółcią. Dopiero w 1988 roku ludzie dowiedzieli się całej prawdy. Mojemu ojcu powiedzieliśmy zaraz po wojnie.

Oprócz tego, że ukrywała Pani Żydów w domu, pomagała jeszcze kilkunastu innym?
- Tak. Na początku wojny donosiłam jedzenie Żydom, ukrywającym się w leśnej kryjówce. Było ich razem 12.

Później pani Helena i Cwi Kramer wzięli ślub.
- Tak. Mają dwie córki - Suszanę i Batię. Jedna z nich mieszka w Izraelu, druga w USA. Kramer był budowlańcem. Budował w Izraelu mieszkania. Do tej pory na ulicy Zaszkolnej w Siemiatyczach istnieje drewniany rodzinny dom Kramerów.

W tym roku pan Kramer zmarł.
- Niestety tak. Zmarł w czerwcu. Miał 89 lat. We wrześniu miał przyjechać na wesele mojej wnuczki. Niestety nie doczekał.

Po ilu latach, od czasu wyjazdu z Polski, pan Kramer wrócił tutaj ponownie?
- Kiedy wyjechał do Izraela w 1945 roku, to do Polski przyleciał dopiero w 1988 roku. Później odwiedzał nas już wielokrotnie. Utrzymywał też kontakt z moją rodziną w Drohiczynie. Dodam, że Kramer za każdym razem jak przyjeżdżał prosił o placki ziemniaczane, które nazywał „makarskimi”. Lubił też „kluski makarskie” ze śmietaną. 

W jaki sposób Pan Kramer odwdzięczył się państwu za uratowanie życia?
- Kiedy przyjechał w 1988 roku, zaprosił mnie do Izraela. Pojechałam tam. W Jerozolimie zostałam, wraz z mężem (niestety mąż już pośmiertnie), odznaczona. Otrzymałam dyplom, medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, posadziłam też drzewko wraz z tabliczką oraz z imieniem i nazwiskiem. Kramer zaprosił również moich zięciów do Izraela. Ja w Izraelu byłam tylko raz.

Czy kiedykolwiek w późniejszych okresach życia zdarzały się momenty, w których bała się Pani równie mocno jak wtedy, podczas skrywania Kramera i pani Heleny?
- Nie. Tamten okres był najstraszniejszy w całym moim życiu. Nigdy później nie przeżywałam tak dużego lęku jak wówczas. Narażałam życie całej rodziny - dwóch córek i syna. A przecież rodzina, zwłaszcza dzieci były (syn nie żyje) i są najważniejsze w moim życiu.

Jak się żyje ze świadomością, że uratowało się dwa ludzkie istnienia?
- Czuję, że Bóg wciąż mi to wynagradza. Pamięta o tym, co zrobiłam. Mam wrażenie, że Bóg dał mi drugie życie. Na początku lat 80-tych miałam ciężki wypadek. Byłam bliska śmierci - miałam trepanację czaszki i cała rodzina przygotowywała się już do mego pogrzebu, ale, jak już wspomniałam, Bóg podarował mi chyba drugie życie. Po tym okropnym wypadku żyję ponad 20 lat i cieszę się życiem - zwłaszcza tym, że mogłam zobaczyć, jak dorastają moje wnuczki – Kasia, Małgosia, Ewa, Magda i Ania. W tym roku miałam nawet przyjemność i radość bawić się na ślubie Małgosi.

Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę dużo zdrowia
Iwona Sawicka, fot. IS