Podlascy Żydzi

Wspomnienia o Żydach z Mielnika w Fołks-Sztyme z 1986. 

Fragment artykułu o Mielniku.

Białostockie reminiscencje. Na wysokim brzegu.

Wojciech Kassian-Semik w "Fołks-Sztyme" (Głos Ludu) nr 14 z 1986 roku.

 

            Obecny Mielnik to siedziba gminy z przebogatą historią, Unią Mielnicką, dawnym XVI-wiecznym portem rzecznym i wieloma innymi pozostałościami dawnej świetności. Zbudowana w 1920 roku bóżnica stoi do dzisiaj. Do niedawna mieściła się w niej piekarnia. Od kilku lat funkcja jej zmieniła się - jest siedzibą służby rolnej i magazynem zbożowym. Okres świetności Mielnika minął. Dzisiaj, w końcu XX wieku, nikt nie jest w stanie wskazać, gdzie znajduje się synagoga - oczywiście, gdzie jest magazyn zbożowy to każdy wie. Starsza pani, mogąca pamiętać lepsze czasy nie kwapi się do podejmowania tematów żydowskich. Odchodzi. Kolejna rozmówczyni pamięta bóżnicę, gdy była świątynią Pana. Pani Wiera wspomina: "Przy wejściu wisiały tablice z przykazaniami, które Żydzi wchodząc całowali. Kobiety modliły się w innych pomieszczeniach niż mężczyźni. Do modłów przebierali się w czarno-białe szaty. Na co dzień Żydzi zajmowali się handlem. Można było kupić wszystko, śledzie, tytoń i rowery, a w sklepach łokciowych materiały na koszule i bluzki. Gospodarzyli też, ale nie mieli swoich koni. Przychodzili do rolnika i wynajmowali go do pracy. Ten zaorał koniem, zasiał, a potem my, kobiety byłyśmy zatrudniane przy żniwach. Płacili, a my pracowaliśmy. Krowy na zimę oddawali rolnikom. Jedli skromnie. Śledzie z kartoflami, mleko, kluski.

            Święta zaczynali w piątek po zachodzie słońca. W domach było już wszystko naszykowane, wysprzątane a w oknach paliły się świece. W szabat każdy Żyd zakładał biały płaszcz obszyty czarnymi wstążkami i w tym szedł do świątyni. Potem przywiązywali sobie do głowy takie małe pudełko i modlili się - snuje swoją opowieść babcia Pawluczuk. Dobrzy to byli ludzie. Jak kto potrzebuje pieniędzy, to pójdzie do Żyda a ten pożyczy. Dobrzy byli. A jak przyszli Niemcy, to rabin wyszedł do nich i mówił, że przyszedł ten czas, że zbliża się zagłada. Nie narzekajcie, mówił, nikt nas nie obroni... - ale nie wiem jak się nazywał ten ich ksiądz. Gdy byłam małą dziewczynką, to podglądałam z drzewa ślub. Pan młody siedział z rabinem przy stole i rozmawiali. Obok stał gramofon. A młoda w innym domu siedziała przy stole, obok niej dwa fikusy, a z boku matka z siostrami i też rozmawiały. Tańce były w domu młodej. Jak już była mężatką to zaraz obcinali jej włosy i zakładali perukę. Kobiety przygotowywały pocięty papier kolorowy. W końcu pan młody szedł i niósł biały szal. Za nim orszak starszych Żydów. Podszedł do panny młodej i zarzucił jej ten szal na oczy, a matka z siostrą zawiązały. Młody zaś tyłem wychodził a kobiety posypywały go tymi papierkami. Stawał w końcu pod baldachimem i matka przyprowadzała pannę młodą. Stawiali szklankę i panna młoda postawiła na niej nogę, a na jej nogę stawiał swoją stopę pan młody, nacisnęli i zdusili tę szklankę. A potem rabin zaczął czytać i wszyscy modlili się. Uczyli się w innej szkole niż my - snuje swoją opowieść babcia. Nauczycielem ich był rabin. Gdy przyszło się do sklepu żony rabina, to widać było, że chłopcy siedzieli z nosami w książkach.

            Uczyli się. Jak ich Niemcy zabrali do getta, do Siemiatycz to nikt już potem nie pokazał się. Ich ogrody zarosły, większość domów spaliła się, a nazwisk to ja wtedy nie znałam, więc nie pamiętam już jak się kto nazywał - dokończyła swoją opowieść babcia Wiera".