Podlascy Żydzi


Nie mogliśmy odmówić ratowania bliźnich
Rozmowa z Janiną Żero z Drohiczyna – odznaczoną medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata za ratowanie w czasie wojny ludzkiego życia.

Żero Janina, fot. Marcin Korniluk Gdzie pani mieszkała i co robiła przed rozpoczęciem wojny?
- Urodziłam się 24.06.1923 w Klepaczach w powiecie siemiatyckim. Moi rodzice Michał Klepacki i Bolesława z Miłkowskich mieli siedmioro dzieci i prowadzili gospodarstwo rolne. Ukończyłam przed wojną szkołę podstawową, a następnie dwuletnią szkołę krawiecką w Siemiatyczach. 24.06.1942 roku wyszłam za mąż za Józefa Żero i wspólnie z mężem prowadziłam gospodarstwo rolne w Smarklicach na kolonii Wojewódki.

Prawdą jest, że Pani rodzina pomagała i ukrywała w czasie okupacji Żydów – ratując im życie przed śmiercią w Treblince?
Tak, to prawda przechowywaliśmy Żydów. Któregoś dnia mąż otrzymał nakaz od Niemców by z furmanką pojechać do Drohiczyna. Wówczas drohiczyńscy Żydzi byli wywożeni z miasta i potrzebne były Niemcom furmanki by ich wywieźć. W trakcie tej wywózki jeden ze starszych Żydów poświęcił się, zgramolił się z wozu i zaczął iść. Powstało zamieszanie Niemcy krzyczeli „halt, halt”, a on dalej sobie szedł w las – zaczęli go gonić. Było to w lesie przed Siemiatyczami koło obecnego „Kmicica”. Młodzież wykorzystała to i zaczęła uciekać. Jedną z osób której się udało uciec była Inda z Drohiczyna. Dotarła do nas do gospodarstwa w nocy w jednym bucie. Wiedziała gdzie iść, bo wiedziała o naszym istnieniu, jej rodzice prowadzili sklep mięsny w Drohiczynie – kupowali od nas mięso. Inda miała wówczas dwadzieścia parę lat. Nie mogliśmy jej odmówić. Ze względu na wyraźnie semicki wygląd, Inda nigdy nie opuszczała domu – gdy ktoś przychodził chowała się w pokojach lub ukrywała się na strychu. Gdy było duże zagrożenie chowała się kładąc w podłodze strychu, gdzie była wnęka.

Mówiła pani wcześniej w liczbie mnogiej o ukrywanych Żydach – czyli, był jeszcze ktoś przechowywany?
Była zimna jesień 1942 roku, chyba był już to listopad wiał duży wiatr, deszcz ze śniegiem padał i w taki właśnie dzień przyszedł do nas chłopiec z wyglądu dziesięcioletni z pytaniem czy może u nas krowy paść. Mówię mu, że teraz nikt krów nie pasie. Chłopak odpowiedział, że w takim razie będzie pasł nasze krowy od lata. W trakcie rozmowy wyszło, że jest Żydem, ale powiedział, że umie się modlić po chrześcijańsku. Spotkany na drodze mężczyzna skierował go do nas, mówiąc, że uzyska u nas pomoc. Chłopak nie chciał jednak się przyznać kto go do nas skierował – odpowiedź na to pytanie uzyskałam dopiero 20 lat po wojnie.
Chłopak nazywał się Benjamin Blusztein jego ojciec miał piekarnię w Ciechanowcu, zaś w Smarklicach był młyn, z którego ojciec Benjamina zabierał mąkę. Jak rozpoczęła się wywózka z Ciechanowca Benjamin uciekł z getta w Ciechanowcu w dniu wywózki. Młynarz ze Smarklic nakierował go do nas. Rodzina chłopaka zginęła w Treblince.
Staszek, gdyż tak chłopak był przez nas nazywany był blondynem i chodził swobodnie po gospodarstwie, nie ukrywał się – przedstawialiśmy go jako krewnego, który uratował się ze spacyfikowanej wsi.
Przechowywani przez nas Żydzi nie widzieli nawzajem o swoim istnieniu. Dowiedzieli się o tym dopiero po wojnie. Przed wojną nie znałam ani Indy, ani Benjamina, ale jeśli człowiek przychodzi do domu w taki zły czas i potrzebuje pomocy to nie godzi się mu odmówić.

Yad Vashem - ściana z nazwamii miejscowości gdzie mieszkali Żydzi z Podlasia, fot. archiwum Janiny Żero Czy z powodu ukrywania Żydów pani rodzina miała problemy?
Ktoś podejrzewał, że ukrywamy Żydów i pomagamy partyzantom i donosił hitlerowcom. Tych rewizji było bardzo dużo. Mieliśmy rewizje żandarmów i w dzień i w nocy. Zależało komuś na tym by nas Niemcy przyłapali. Były takie dni, że rewizje były co wieczór. To był duży dworski dom, ale był już starym domem i z jednej strony szczyt domu nie miał desek i przez to strych nie wzbudzał dużego podejrzenia u Niemców, a właśnie tam ukrywała się Inda.
Raz w czasie rewizji ja zostałam wzięta za Żydówkę przez hitlerowca. Przestraszyłam się i uciekłam do rodziców, którzy mieszkali w Klepaczach - przez łąki w odległości 1 km. Niemcy jednak po krótkim czasie wrócili i moja nieobecność upewniła ich, że jestem Żydówką. Zamknęli wszystkich domowników w jednym pokoju. Benjaminowi, który nie wzbudzał ich podejrzeń żandarmi kazali biec mnie zawołać. Przybiegł i powiedział, że jeśli nie przyjdę wszyscy zostaną zabrani do Siemiatycz. Wróciłam i jakoś udało się ich przekonać, że nie jestem Żydówką. Jednak zaczęli jeszcze częściej przyjeżdżać do nas na rewizję i w dzień, i w nocy, że nie było sposobu by Inda zostawała w pokojach – przebywała na strychu.
Innym razem żandarm ciągnął mnie na siłę do pustego pokoju, ja zaczęłam krzyczeć, a on jeszcze bardziej się zdenerwował, że zaczął strzelać do góry, w sufit. Patrzę i myślę, że zaraz będzie krew lecieć, bo to w tym miejscu było gdzie Inda się chowała w skrytce w suficie. Baliśmy się tych rewizji. Siostra męża po tym zdarzeniu zaprowadziła Indę do znajomej rodziny do Obniża.
Było też takie poważne zdarzenie, gdy żandarmi przyjechali na podwórko, a mąż w budynkach gospodarskich pociski robił dla armii podziemnej. Dużo strachu było w naszej rodzinie, ale wszyscy wtedy tak żyli.

Czy w czasie wojny rodzina pani miała kontakt z innymi Żydami?
W pobliżu naszej miejscowości w lesie Żydzi mieli ziemiankę, w której się chowali, to było 4 mężczyzn z Drohiczyna. Jak rano chodziliśmy doić krowy to często się zdarzało, że nocowali w chlewie czekali by dać im mleko lub cokolwiek do zjedzenia. Trzeba było im pomóc. Myślę, że by przeżyć odwiedzali także inne gospodarstwa w okolicy.

Ukrywani przez pani rodzinę Żydzi przeżyli, czy zna pani ich powojenne losy?
Inda wyszła za mąż także za Żyda pochodził z Jedwabnego - Sroszko to jej nazwisko po mężu. Z Indą utrzymywałam kontakt do czasu jej wyjazdu z Polski w 1958 roku oraz potem gdy zamieszkała w Izraelu, aż do jej śmierci w 1996 roku.
Staszka (Benjamina) zaś odnaleźli u nas wujowie i zabrali go do Bielska Podlaskiego. Uciekał jednak od nich do nas dwa razy. Przyleciał raz i mówi „ja nie chcę nigdzie być chcę zostać tu u was”. Potem wywieźli go na Kretę i nie mieliśmy żadnej wiadomości. Mąż jak żył to często mówił pewnie Staszek nie żyje bo by się odzywał. W 1950 roku przeprowadziliśmy się z mężem do Drohiczyna gdzie zajmowałam się prowadzeniem domu, szyciem (przed wojną skończyłam dwuletnią szkołę krawiecką w Siemiatyczach) i wychowywaniem sześciorga naszych dzieci.

Ale nawiązaliście ze sobą ponownie kontakt. Kiedy się to stało? 
W Drohiczynie w szkole była pani profesor – Tosia Koskówna przed wojną uczyła i przyjaźniła się z żydówkami. W Obniżu też była przechowywana żydowska dziewczyna. I to właśnie dzięki Tosi Koskównie, która pojechała do Izraela i spotkała Indę odzyskaliśmy kontakt. Inda pierwsza przysłała list. Wytworzyła się taka więź między nami. Z Benjaminem Bashan (zmienił nazwisko w Izraelu z Blusztein na Bashan) utrzymujemy kontakt listowny i telefoniczny. Jak Staszek przyjechał i mąż już nie żył to płakał jak mały dzieciak po stracie ojca. Odwiedzał nas ze swoją rodziną, a moje córki były u niego w Izraelu w Kibucu Hatzerim. W trakcie swej wizyty u nas mówił: „wszyscy nie mieliśmy dobrze za Niemca – ale ja nie miałem nic gorzej niż wy”.

Medal Sprawiedliwy Wśrod Narodów Świata, fot. Marcin Korniluk Za ratowanie życia ludzkiego jest pani wyróżniona Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata...
Inni starali się o medal Sprawiedliwych, a ja nie, po prostu Inda i Benjamin wystąpili o przyznanie mi tego odznaczenia do Rady ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów działającej przy Instytucie Pamięci Narodowej Yad Vashem o uhonorowanie mojego męża Józefa, jego brata Edwarda i siostry Franciszki oraz mnie Medalem. Rada na posiedzeniu we wrześniu 1988 roku zdecydowała o odznaczeniu nas Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, o czym zaświadcza dyplom honorowy z 7 kwietnia 1991 roku. Ten medal to taka ludzka wdzięczność.

Co pani najbardziej utkwiło w pamięci z lat okupacji?
Strach, on był najgorszy. Jak mnie obdarzali medalem w Zamku Królewskim w Warszawie to powiedziałam, że uczucia strachu to się nigdy nie wyzbędę. Mam też poczucie wypełnienia Dekalogu - spełnienia obowiązku wobec bliźniego. Tak czuję.

Czy ludzie wiedzą o międzynarodowym wyróżnieniu pani medalem Sprawiedliwych, jakie są ich reakcję?
Nie chwaliłam się nigdy, tym że ratowałam ludzi, choć ludzie wiedzą, bo jak dostałam medal to było to też pokazane w telewizji. Zaproszono mnie także jesienią 2007 na spotkanie W Ciechanowcu „Bliżej siebie” – spotkanie młodzieży z Ciechanowca i Izraela. Młodzież chciała nie tylko się ze sobą spotkać, ale i medal zobaczyć i mnie posłuchać. Trzeba o tamtych dniach mówić.
Myślę, że mimo tego strachu i zagrożenia, mieliśmy jednak „dobrą biedę” udało się nam przeżyć wojnę i jeszcze innym pomóc.

Dziękuję za możliwość rozmowy i życzę pani dużo zdrowia.
Marcin Korniluk, fot. MK